Kobiety lubią nie tylko diamenty!

Eksperci i specjaliści wraz z nadejściem wiosny prześcigają się w poradach jak dbać o cerę po zimie i nie tylko. Wraz ze wzrostem temperatury powinnyśmy być fit i git oraz promienieć światłem zewnętrznym. Wieloetapowe rytuały oczyszczania twarzy, maski, kremy i tony innych kosmetyków oraz godziny spędzone na pielęgnacji mają nam zapewnić sukces. Pewnie tak faktycznie jest! W tym miejscu rodzi się jednak jedynie maleńki, nieznaczący wiele z pozoru problem, który założę się, że ma 90% twardo stąpających po ziemi kobiet…

Czas!!!

Kto ma na to wszystko czas? Absolutnie nie neguję tego, że np. koreańskie rytuały oczyszczania twarzy mają senes. Wieloetapowa pielęgnacja, podchodzenie z pietyzmem do każdej czynności z pewnością poza efektem kosmetycznym daje i efekt psychologiczny w postaci chwili relaksu. Tylko ja nie mam kiedy tak się bawić (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Po całym dniu zasuwania jak mały samochodzik, kiedy dzieci pójdą już łaskawie spać, kiedy ogarnę cały majdan, odrobię się ze swoją pracą, jest naprawdę bardzo późna godzina. Jeśli zdążę przed powrotem męża to fajnie, mamy jakieś 10 min żeby pogadać, jak nie to klops. Czas który w przywołanym przykładzie powinnam poświęcić jedynie na jedną partię ciała, to limit na całą moją wieczorną toaletę. Po pierwsze jeśli się nie pospieszę to pójdę spać jeszcze później, a męża pooglądam i posłucham kolejnego dnia przez telefon, a po drugie jestem tak zmęczona, że na co dzień po prostu nie mam na to siły. Jeśli powiecie mi, że codziennie poświęcacie 20 minut na mycie samej twarzy to nie uwierzę. Rozumiem dbałość o rytuały, sama myję zęby 15 minut, jako etap numer dwa wieczornej toalety, co w sumie z prysznicem i balsamowaniem zmarszczek oraz konserwacją celulitu daje już jakieś 40 min. Jeśli dajecie radę wygospodarować więcej czasu na wieczorne rytuały, błagam napiszcie w komentarzach jak to robicie. Nie tylko ja chętnie skorzystam z takiego patentu. Sposoby na skrócenie i zwiększenie efektywności wieczornego „SPA” są dla mnie jak święty Graal, bo zazwyczaj oczy same mi się zamykają, kiedy kończę posiady w łazience. Nie macie czasem tak, że szczotkując zęby i podpierając się jednocześnie nosem żeby nie usnąć marzycie, jak byłoby fajnie, gdyby dało się tak pstryk i zrobione…? Albo włosy… Gdyby tak pstryk i już są umyte, uczesane i nie trzeba ich rano maltretować w obawie, że jak zrobimy to w wieczorem to się nam odleżą i będą wyglądać tragicznie. Pamiętacie taką bajkę z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – „Jetsonowie”, o kosmicznej rodzinie? Pani domu miała tam właśnie kupę fajnych urządzeń, które załatwiały na pstryk codzienną rutynę. W tym miejscu marzenia się niestety kończą, bo właśnie przerywa je płacz córki, która aktualnie ząbkuje, co oznacza:

A – jeszcze mniej snu

B – jeszcze mniej czasu, aby dokończyć to co zaczęłam.

Postanowiłam więc poszukać rozwiązań, które prawie jak u Jetsonów pomogą mi na pstryk załatwić choć jeden aspekt codzienności. No dobra prawie na pstryk.

Okazało się, że jest ratunek. Może nie na już, ale dość szybko i to na wielu polach, nie tylko w związku z pielęgnacją twarzy.

Jakiś czas temu pokazywałam Wam na Instagramie zdjęcie kosmetyku, który nabył dla mnie mąż, choć w gruncie rzeczy ciężko nazwać go kosmetykiem, bo to produkt oparty jest na nanotechnologii. Już jest kosmos, prawie jak u Jetsonów! Jeśli nie wiecie jeszcze o jaki kosmetyk chodzi o zgrozo, to znaczy że nie śledzicie blogowego insta! Jak to w ogóle możliwe 😛

Ale do rzeczy. Chodzi o złoto w nano mgiełce. Tym magicznym specyfikiem psikam wieczorem twarz, przed nałożeniem kremu i oddaję się marzeniom o pstrykaniu na obowiązki w trakcie mycia zębów. W międzyczasie  złoto się wchłania, a ja jestem nie tylko o 24 karaty piękniejsza, ale także zdrowsza i zwiększam szanse na mniej zmarszczek w perspektywie najbliższych lat. Jest moc!

Żeby było fachowo i po blogowemu spieszę wyjaśnić, że niejonowe koloidalne złoto to roztwór bardzo małych płytek złota, zawieszonych w spektralnie czystej i zdemineralizowanej wodzie. Taki sposób preparowania kosmetyku działa nie tylko regenerująco i pielęgnująco, ale także kojąco i przeciwzapalnie.

Najważniejsze jednak dla mnie jest jego działanie przeciwzmarszczkowe i ujędrniające, bo właśnie z tego powodu je stosuję. Najfajniejsze w całej zabawie jest to, że wskazane działanie mamy potwierdzone badaniami naukowymi. No nie jest to zwykły krem z drogerii i to widać na twarzy.

Dla mnie istotnym jest także, że sprawdza się ekstra w sytuacji, gdy w domu mamy delikwenta lub delikwentkę w wieku buntu i naporu. Kiedy na twarzy takiego stworzenia zaczyna powstawać niepokojący je pryszcz, wystarczy podziałać zawczasu, zaaplikować koloid na noc i rano może model dalej pyskuje, bo na te dolegliwość nawet złoto nie pomaga, ale przynajmniej już bez intruza na nosie i to jest prawdziwy hit!

Jestem tak zadowolona ze złota, że zdecydowałam się na zakup innych produktów, a mianowicie srebra i miedzi. O wszystkich właściwościach nano kosmetyków możecie przeczytać sobie TUTAJ.  Ja chciała Wam od serca napisać co mnie w nanoproduktach urzekło i dlaczego serdecznie je polecam.

Srebro jak każdy pewnie wie pomaga w gojeniu ran. Ten zakres zastosowania srebrnego koloidu zainteresował mnie najbardziej z uwagi na zapędy eksploracyjno – kaskaderskie moich dzieci, a przy okazji odkryłam znacznie więcej jego zastosowań. Jako gryzipiórek, a właściwie gryzikartek, przecięcia papierem to moja codzienność, do tego jako nadworna sprzątaczka i kucharka nie stronię od zadrapań i lekkich spoufaleń z żelazkiem lub gorącym garnkiem. Srebro na takie problemy działa idealnie. Podrażnione miejsca dosłownie goją się w oczach, prawie jak u Supermena! Srebro uratowało mi jednak życie, kiedy byłam w drugiej ciąży i mój syn przyniósł do domu opryszczkę. Byłam przerażona, bo moja odporność na wirusa HSV1  i HSV2 jest niska. Po jednaj aplikacji srebra u syna wybroczyna zmniejszyła się prawie o połowę. Zaczęliśmy zmasowany atak po szkole i do rana po opryszczce nie było śladu. Co za tym idzie moje duże maleństwo nie zdążyło nikogo zrazić, zwłaszcza, że nano warstwa pozostająca na pęcherzu dodatkowo go zabezpieczyła.

Dla mam maluchów problemem są także pieluszkowe odparzenia skóry. Bądźmy szczerzy, pampers nawet najlepszy nie jest tak przewiewny jak tetra, mimo że izoluje oraz zatrzymuje płyny z dala od skóry, to tworzy specyficzny mikroklimat. Srebro zaaplikowane na powstały problem lub profilaktycznie co jakiś czas działa cuda. Potwierdzone w testach na dziecku! Moim osobistym.

Hit numer trzy to miedź. Jak to mówią u nas na Podhalu, kto nie ma miedzi ten na d… siedzi i coś w tym jest, bo bez niej nie ruszam się na żaden wyjazd. Działa genialnie w zakresie profilaktyki i w trakcie leczenia infekcji grzybiczych. W trasie, czy na wakacjach, gdy korzystamy z publicznych łazienek najłatwiej o takie przygody. Panie i bywalcy basenów wiedzą o co kaman ;). Naprawdę niewiele trzeba, żeby coś nas dopadło, a rozpylenie na problematyczne miejsce miedzi może zatrzymać infekcję, nawet intymną – testowane na kobiecie, czyli na mnie! Poza tym zawsze po powrocie z basenu wszyscy moi domownicy przechodzą odkażanie miedzią prawie jak w śluzach do dezynfekcji na filmach science fiction. Stópki i co nie tylko są hurtowo pryskane. Zastosowanie miedzi przed wizytą na basenie (z pewnym wyprzedzeniem, aby preparat wyschnął bardzo porządnie) zabezpieczy nas także przez złapaniem kurzajki. Oczywiście klapki to absolutny must have, ale strzeżonego…. sami wiecie…

Mając na względzie całość dobroczynnego działania nanotechnologii w płynie dochodzi jeszcze jeden zasadniczy argument. Kobiety lubią nie tylko diamenty… i tego się trzymajmy drodzy Panowie!

Agnieszka.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *