Tylko spokój może nas uratować!

Dzisiaj będzie krótko, zwięźle i na temat. Życie, jak to życie, pisze własny scenariusz i nie przejmuje się naszymi planami. Dzieci chore, mąż w rozjazdach, piętrzące się zaległości w sprawach zawodowych i pisaniu. Masakra! Jak tu nie oszaleć? Mimo że założyłam sobie na dzisiaj tekst o rozpoczynających się dla ostatnich województw feriach (w tym naszego), będzie zupełnie o czyminnym.

 

Ci z Was, którzy są już rodzicami doskonale czują te klimaty. Ci, którzy znają takie rozterki tylko z obserwacji i opowieści mogą sobie wyobrazić, co się wtedy dzieje w domu i ewentualnie co ich czeka. Człowiek chce coś zrobić, a tu wszystko staje mu na drodze. Wszędzie panuje bałagan (tylko blogerki na zdjęciach mają posprzątane non stop, wierzcie poza kadrem nie jesttak różowo), pranie się piętrzy, prasowanie ktoś bezczelnie podrzuca mi w nocy, bo to przecież niemożliwe żeby czteroosobowa rodzina tak się paprała, gary w zlewie czekają na przeładowanie zmywarki, a tu lament: „Mamo, soczku! Mamo, głowa mnie boli! Mamo…!” Tutaj nie wiem co moja córka chce powiedzieć, bo to jej własne narzecze, ale jest to zdecydowanie ton roszczeniowy! O śnie już zapomniałam, podobnie jak o mężu, który ma w pracy ajgon i właśnie wtedy jak jest potrzebny, to go nie ma. Zresztą zawsze tak jest, że jak się sypie to wszystko na raz. Znacie to pewnie z autopsji. Jak ja w takich warunkach mam Wam opowiadać słodkie historie o tym, jakie to mam wspaniałe patenty na spakowanie się na ferie…?

Postanowiłam więc dać upust mojemu zmęczeniu i napisać coś dla współodczuwających teraz w moim bólu rodziców zwłaszcza, że od jakiegoś czasu w rozmowach z Wami moje drogie czytelniczki (choć czytelników też nie brakuje) dostaję zapytania o teksty bardziej parentingowe. Przyznam się szczerze, że nie za bardzo czuję odpowiednią osobą do radzenia i pouczania kogokolwiek tych kwestiach, bo podejrzewam, że część z Was ma znacznie większe doświadczenie w tym temacie niż ja i to ja mogła bym się od Was sporo dowiedzieć. Ponieważ jednak nawet koleżanki mojego męża (i w związku z tym trochę też moje) namawiają mnie do podjęcia rękawicy, jestem w trakcie wymyślania takiej formuły, która pozwoli mi podzielić się z Wami spostrzeżeniami i problemami w sprawach rodzicielskich i może razem wspólnie znajdziemy na nie jakieś remedium. Już niedługo na blogu pojawi się nowa kategoria tekstów – z perspektywy mamy. O zamianach jakie się szykują jednak szczegółowo już innym razem.

Na dobry początek, dla wszystkich zaprawionych w bojach i tych poczatkujących rodziców chciałam Wam polecić książkę, która bardzo przypadła mi do gustu. Moja rekomendacja jest naprawdę szczera, tym bardziej że nikt mi za to nie płaci. Nie jest to wpis sponsorowany, a moja chęć podzielnia się informacją na temat tej publikacji wynika z faktu, że to bardzo, ale to bardzo wartościowa i przydatna rzecz.

Książka Karoliny Malinowskiej „Spokojnie to tylko dzieci”, to zbór opinii wielu fachowców na temat zdrowia i wychowania najmłodszych. Nie obawiajcie się, to nie są wynurzenia matki celebrytki. Autorka podeszła do sprawy bardzo fachowo i zapytała o najczęściej pojawiające się problemy specjalistów, a że ma trzech synów w różnym wieku, to wiedziała o co pytać. W książce znajdziecie rozmowę z pediatrą, stomatologiem, lekarzem, dietetykiem, psychologiem, dyrektorką szkoły podstawowej, nianią, przedszkolanką i fizjoterapeutą. Zadane im pytania nie należą jednak do kategorii oklepanego standardu. W wielu miejscach będziecie zaskoczeni tak samo jak i ja. Dla przykładu podam Wam dwie odpowiedzi, których w ogóle bym się nie spodziewała.

Autorka zapytała pediatrę Pawła Grzesiowskiego „jak hartować dzieci?” W całej wypowiedzi zdumiało mnie to, że nie ma badań naukowych potwierdzających, że dzieci hartowane chorują mniej niż te niehartowane! Wiedzieliście o tym?

Bardzo ciekawa i pouczająca jest także rozmowa z nianią Zofią Pedich. Szukaliście kiedyś niani? Ja poprosiłam nianię o pomoc przy opiece nad synem, kiedy miał  niecałe dwa lata, bo musiałam wracać do pracy. Była to emerytowana nauczycielka, polecona przez moją ciocię. Mimo to cala sytuacja okazała się jedną wielką klapą. Porażka na całej linii. Nie dość, że Pani miała własny pomysł na wychowywanie mojego dziecka, zamiast na placu zabaw czas spędzała z nim w sklepach, w domu zastawałam taki bałagan jakiego teraz nie są w stanie zrobić moje dzieci, to jeszcze zrezygnowała z dnia na dzień mówiąc, że wyjeżdża do Niemiec do syna pilnować jego dzieci. W sumie to chwała Bogu że po dwóch miesiącach jej już nie było, a syn poszedł do przedszkola do grupy dwulatków. Gdybym wcześniej pomyślał o rzeczach w sumie oczywistych, ale takich których z niewyjaśnionych przyczyn nam jakoś umykają, może byłoby inaczej. Dodatkowo, czy rozmawiając z kandydatkami na nianie pomyśleliście o poproszenie je o zaświadczenie o niekaralności, książeczkę sanepidu, wyniki testów na HIV i żółtaczkę typu B i C? No niby fakt, niby normalne, ale nie zapytałam.

To tylko przykłady smaczków, które znajdziecie u Pani Karoliny. Jest ich tam o wiele więcej. Bardzo ciekawe i pouczające są pytania zadawane dietetykowi. Specjalistka wskazuje nie tylko na dobre praktyki, ale także mówi jak sama radziła sobie z problemami żywieniowymi swoich synów. Genialne są także wypowiedzi Pani psycholog, która wprost i bez ogródek uzasadnia np. dlaczego bezstresowe wychowanie jest złe dla dzieci.

Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, to taka wiedza nie tylko pozwoliłaby popełnić mi mniej błędów, ale także spowodowałaby, że nie denerwowała bym się tak bardzo w wielu kwestiach.

No tak miało być krótko, a wyszło jak zwykle.

Milej lektury!

Agnieszka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *