Będę lepsza w 2018!

Końcówka grudnia nie jest moim ulubionym czasem. To, na co wszyscy czekali, Boże Narodzenie, już minęło i skończył się czas usprawiedliwiania słodkiego lenistwa, a (przede wszystkim) praktycznie nieograniczonego jedzenia (uch…).

Nieuchronnie zbliża się też Sylwester, a z nim nowy rok. Celowo piszę go z małych liter, bo Nowy Rok trwa zaledwie 24 godziny, ale już nowy rok aż 8 760, a w dzisiejszym tekście będzie właśnie raczej o tym drugim. I o tym jaką mamy słabą wolę i dlaczego szybko sobie dajemy spokój z postanowieniami noworocznymi. Na szczęście jest jeszcze chwila przed Wielkim Noworocznym Postanowieniem Poprawy!

Wydaje mi się, że początek roku wcale nie musi być początkiem wielkich zmian. Tak naprawdę każdy moment jest dobry, jeśli tylko wystarcza nam determinacji! Ani 1 stycznia, ani też żaden inny dzień nie gwarantuje nam jednak powodzenia. Wiadomo, że praca nad sobą jest najtrudniejszym zadaniem na świecie, bo o wiele łatwiej jest wymagać od innych, ale już niekoniecznie od siebie. W dodatku rozpraszaczy i zabieraczy czasu jest na tyle dużo, żeby szybko dać sobie! Myślę jednak, że powodem, że nie udaje nam się dotrzymywać postanowień nie jest tylko to, że mamy słabą wolę. Często zaczyna się po prostu od tego, że… nie wiemy czego chcemy. Mówienie sobie „będę lepsza” lub „będę lepszy” nic nie da. Musimy być bardziej konkretni! Co jeszcze? Czasami stawiamy sobie nierealne cele, albo takie które wydają się nieosiągalne przy tych możliwościach które mamy. Nie ma się co oszukiwać: nie przebiegniesz maratonu od strzału. Przyjmij do wiadomości, że Twoje ciało nie jest odpowiednio przygotowane i już. Ale jeśli nie zaczniesz od krótkich dystansów to metodą małych kroczków przybliżysz się do celu.

Ten nieszczęsny 1 stycznia też nie jest najszczęśliwszą datą… Umówmy się, że ten dzień nie sprzyja podejmowaniu żadnych nowych wyzwań. Za bardzo jeszcze żyjemy tym, co się działo poprzedniego wieczora. Tak naprawdę to najdziwniejszy dzień w roku, bo z jednej strony część świata powoli budzi się ze snu z bolącą głową i gigantycznym kacem, a druga połowa albo już pracuje, albo próbuje wrócić do normalnego rytmu dnia. A tymczasem Nowy Rok to niby dzień wolny, ale nie niedziela, bo wszystko pozamykane i człowiek nie za bardzo wie co ze sobą zrobić. Jeśli jesteśmy bardzo skrupulatni możemy zacząć się frustrować, że nie wstaliśmy rano na poranną przebieżkę, a przecież mamy postanowienie że będziemy rano biegać! Moja rada jest następująca: zacznijcie dzień później. Ten jeden dzień Was nie zbawi, a na starcie oszczędzicie sobie poczucia winy. Nie chodzi o to, żeby się dobić, tylko zmotywować.

Druga rada jaką mam to poświęcenie chwili czasu na sprecyzowanie tego, co chcemy osiągnąć. Trochę wracamy do tego, że musimy wiedzieć czego chcemy… Kiedy powiedzmy chcemy pozbyć się zbędnych kilogramów mamy już dobry początek! Teraz wystarczy to tylko sprecyzować, ale trzeba to robić mądrze. Ameryki nie odkryję, ale mogę podrzucić Wam niezłe narzędzie, jakim posługują się managerowie na całym świecie, czyli metoda precyzowania celów SMART. Powinno być trochę łatwiej! W literaturze jest wiele polskich tłumaczeń tego terminu, wydaje mi się że te poniżej są w porządku.

W skrócie chodzi o to, żeby cel, był łatwiejszy do osiągnięcia, bo będzie przez nas dobrze opisany:

 

S – (specific) – skonkretyzowany

Cel powinien być konkretny, nie ogólny. Dobrym początkiem będzie „zrzucę na wadze” zamiast „będę szczupła”. Im więcej konkretów, tym lepiej. Ogólne cele w stylu „będę szczupła” są dobre raczej jako motywator, kiedy odmawiamy sobie pysznie wyglądającego ciastka, które z prześlicznej wystawy w cukierni woła do nas „ZJEDZ MNIE”. O taaaaaaaaaak… „Będę szczupła, jeśli cię nie zjem!”

 

M – (measurable) – mierzalny

Dobrze by było, gdyby cel, który chcemy osiągnąć dało się zmierzyć, bo w jakiś sposób musimy wiedzieć czy idziemy do przodu. Posługując się dalej przykładem tracenia na wadze z pomocą spieszą nam kilogramy. Albo centymetry, których ubywa w talii. To już jest konkret! Albo megabajty wolnej przestrzeni na komputerze. Albo płyt, które przesłucham, filmów, które obejrzę… Nie pozwólcie, by ograniczał Was układ jednostek SI!

 

A – (achieveable) – osiągalny

Rację miał ten, kto pierwszy powiedział, że trzeba mierzyć siły na zamiary. Jeśli założymy sobie cel, który jest naprawdę poza naszym zasięgiem, będziemy się frustrować. Na ten przykład ja już wiem, że nie zostanę kosmonautą, ani modelką. Ale z drugiej strony jestem w stanie nauczyć się nowego języka albo czytać więcej książek!

 

R – (relevant) istotny

Wbrew pozorom, nie każde nasze postanowienie jest istotne. Każdemu z nich prędzej czy później nadamy jakiś stopień ważności. Mamy ograniczone możliwości, bo dobra też nie jest z gumy, a póki co niczego lepszego niż efektywne zarządzanie czasem nie wymyślono (proszę, kolejny nieosiągalny przykład: zbuduję wehikuł czasu!). Te mniej istotne postanowienia, czy też cele, niepotrzebnie zabierają naszą energię i czas. Chodzi też o to, żeby te cele, na których chcemy się skupić rzeczywiście wnosiły jakąś zmianę.

 

T – (time based) – osadzony w czasie

Uwielbiam, kiedy ktoś mówi „kiedyś”. Równie dobrze mógłby powiedzieć „nigdy” albo „w grudniu popołudniu”! Ale w celach do osiągnięcia nie może być o tym mowy. Jeśli w postanowieniach narzucimy sobie jakieś ograniczenia czasowe (i będziemy o nich pamiętać!) mamy łatwiej osiągniemy cel.

 

No, chyba przyznacie, że „do końca kwietnia zrzucę 5 kg” brzmi lepiej niż zwykłe „schudnę”? Jest konkretnie, mierzalnie i osiągalne (jeśli oczywiście z półek sklepowych zniknie białe Kinder Bueno). No i to istotny cel, który pomoże się wcisnąć w mniejszy rozmiar i to do lata! Czy może być lepiej?

Trzymam za Was kciuki i za Wasze „Listy postanowień noworocznych”, albo „Będę lepsza w 2018” albo „Happy to do”!

D.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *