Puste miejsce przy stole

Na dziesięć dni przed Świętami postanowiłam opowiedzieć Wam historię, która krzyżując się z moją, nie daje mi spokoju już od roku. W kontekście nadchodzącego czasu radości i rodzinnego ciepła nabiera ona jeszcze innego charakteru, który chyba jeszcze bardziej daje do myślenia.

Wszyscy, albo przynajmniej większość z nas cierpi na chorobę XXI wieku – brak czasu. Nie mamy go wystarczająco dużo. Praca – dom – praca, tak wygląda codzienność wielu z nas. Zdarzają się nam jednak takie chwile w życiu, kiedy chcąc nie chcąc musimy zwolnić. Jest to niewątpliwa okazja, aby nie tylko dokonać ocen i wartościowania tego co mamy, co osiągnęliśmy i co jeszcze chcemy zrobić, ale także szansa na spojrzenie nieco dalej niż czubek własnego nosa. Gdy już się na to zdecydujemy, rzeczywistość zaskoczy nas na wiele sposobów.

Niestety czasem przyniesie ze sobą smutek i rozczarowanie, a także współczucie i chęć zrobienia czegoś dla innych. A nie trzeba daleko szukać. Ja nie musiałam. Spacerując i załatwiając codzienne sprawunki na moim osiedlu około roku temu, poznałam przesympatyczną Straszą Panią (pozwólcie, że tak ja będę nazywać), która jak się okazało mieszka bardzo blisko mnie. Kiedy się poznałyśmy schorowana staruszka o lasce, szła do domu niosąc ciężką torbę z zakupami. Od słowa, do słowa porozmawialiśmy trochę, wypiłyśmy herbatę i tak powolutku tydzień za tygodniem zaprzyjaźniałyśmy się coraz bardziej. Kontakt jest na tyle dobry, że można powiedzieć, że zyskałam koleżankę, a Starsza Pani kogoś, kto zrobi za nią zakupy, kiedy boląca noga jej bardzo dokucza, wyskoczy do apteki, wpadnie na kawę porozmawiać, czasem zmyje naczynia, czy rozwiesi pranie. Nic wielkiego.

 

 

Na początku myślałam, że Starsza Pani jest typową samotną staruszką, która nie ma najbliższej rodziny i zamknięta w czterech ścianach najzwyczajniej w świecie nie ma ani z kim porozmawiać, ani kogo poprosić o pomoc. W sumie  wszystko by się zgadzało, poza jednym. Nie jest samotna. Po pewnym czasie, kiedy nasze rozmowy zrobiły się coraz bardziej osobiste, dowiedziałam się, że jej dzieci i wnuki, które są niewiele młodsze ode mnie, mieszkają na pobliskim osiedlu (na piechotę 15 min). Nie znajdują jednak czasu na to, żeby zajrzeć do matki, babci i zobaczyć jak się czuje i czy nie trzeba zrobić jej zakupów, zabrać do lekarza itp. Przemiła Starsza Pani, kiedy zobaczyła moją minę jak to usłyszałam, chyba zreflektowała się, że była zbyt szczera i pospiesznie usprawiedliwiała swoich najbliższych tłumacząc ich zachowanie brakiem czasu. Syn od rana do nocy w pracy, córka podobnie, no a wnuki… Młodzi są, mają swoje problemy…

To denerwuje mnie najbardziej. Złoszczą mnie takie wymówki, mimo że wypowiadane przez sędziwą osobę. Gdy słyszę takie bzdury, to aż nie mogę uwierzyć w to, że ktoś ma czelność opowiadać takie banialuki, aby usprawiedliwić swój brak zainteresowania. Gdyby im zależało na Starszej Pani, znaleźliby czas. Stanęliby na głowie, żeby dać radę. Tak by pokombinowali, aby przejść z obiadem i wspólnie zjeść posiłek, obejrzeć razem wiadomości, czy zrobić wspólnie zakupy. Kwestia chęci, determinacji i dobrej organizacji.

Przed świętami wielu z nas rozgląda się za inicjatywami społecznymi, które mają na celu pomoc najuboższym, samotnym, bezdomnym itd. To bardzo szlachetne i szczytne. Chętnie przekazujemy pieniądze, robimy paczki, bierzemy udział w aukcjach charytatywnych. Wszystko pięknie, jeśli nie wymaga to od nas zbytniego zaangażowania i poświecenia. To nie sztuka przelać pieniądze na konto fundacji pomagającej ubogim i samotnym, zwłaszcza gdy mamy się czym podzielić. Sztuką jest zrezygnować z czegoś czego mamy niedostatek, zwłaszcza gdy jest to czas!

Warto zwłaszcza w tym przedświątecznym okresie zastanowić się, czy gdzieś obok nas nie mieszka ktoś, kto potrzebuje naszej pomocy, niekoniecznie finansowej. Może w naszej rodzinie jest babcia, ciocia, wujek lub stryjek, o którym przypominamy sobie patrząc na pusty talerz na wigilijnym stole. Zamiast ustawiać dodatkowe nakrycie, zaprośmy go do nas, pokażmy że pamiętamy i wytrwajmy w tym postanowieniu dłużej niż do końca Świąt. Smutna prawda jest taka, że pusty talerz to dla większości nic nie znaczący symbol. Ciekawa tradycja i tyle. Czy gdyby u waszych drzwi stanął w Wigilię bezdomny i poprosił o ugoszczenie przy stole wpuścilibyście go do domu?

Dużo łatwiej jest wpuścić do naszego życia kogoś, kogo już znamy albo kogoś kogo możemy lepiej poznać. To w cale nie wymaga wiele, wystarczy chcieć.

Wbrew pozorom, może okazać się, że taka osoba ma nam bardzo dużo do zaoferowania. Swoim życiowym doświadczeniem, zainteresowaniem i odwzajemnionym uczuciem da nam więcej radości niż kolejne prezenty znalezione pod choinką, a powstała lub odnowiona znajomość może przerodzić się w piękną międzypokoleniową przyjaźń.

Zróbcie coś nietypowego na te Święta i bądźcie dla kogoś prezentem. My też kiedyś będziemy starzy!

Agnieszka

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *