Przedświąteczne umilacze najdłuższych wieczorów w roku

Dzisiaj mam dla Was nietypowy wpis. Postanowiłam podzielić się z Wami moimi ulubionymi świątecznymi filmami, do których uwielbiam wracać o tej porze roku, choć zwykle ciężko znaleźć mi na nie chwilę. Ale jeśli nie w grudniu, to kiedy?! Gorąca czekolada w dłoń, nogi w kocyk i lecimy! Info dla niecierpliwych: tak, Kevin też tam jest, ale ten klasyk kina familijnego przerzuciłam na sam koniec 😉

 

Moją listę otwiera oczywiście…

LOVE ACTUALLY
Źródło: http://img.moviepostershop.com/love-actually-movie-poster-2003-1020189066.jpg

Ten film to niedościgniony wzór dla polskich twórców, którzy dwoili się i troili, żeby stworzyć jego rodzimy odpowiednik. Nawet nie jeden, a trzy (okay, przyznaję się, że mimo wcześniej planowanego bojkotu Listów do M. 3 poszłam na nie do kina i co gorsza, byłam zadowolona! Oczywiście film miał sporo niedociągnięć i nielogicznych momentów, ale był o niebo lepszy niż druga część. Jeśli chcecie się wprowadzić w świąteczny nastrój, to jest bardzo dobra opcja. Dosyć dygresji! Wracamy do pierwowzoru!). Po film Richarda Curtisa pierwszy raz sięgnęłam w geście desperacji, kiedy to jako gimnazjalistka ze złamaną ręką próbowałam jakoś przetrwać letnie wakacje (tak, bożonarodzeniowy film w środku lata – byłam bardzo BARDZO zdesperowana). Ale nie żałowałam.

Po pierwsze świetna, brytyjska obsada z Keirą Knightley, Colinem Firthem, Emmą Thompson i Hugh Grantem na czele – już samo to jest gwarantem poziomu! Później piękna londyńska sceneria. Następnie zaś cudowna muzyka Craiga Armstronga. Jeśli jeszcze nie znacie fabuły (a film ma już kilkanaście (!) lat i ciężko mi będzie w to uwierzyć, że nic się Wam nie obiło o uszy) to wiedzcie, że w filmie pokazanych jest kilka wątków, które oczywiście wszystkie łączy słowo na „m”. Począwszy od „m” romantycznej, fizycznej, małżeńskiej, zakazanej i tej rodzicielskiej. Jest to momentami słodko-gorzki film, w którym twórcy nie stronią od życiowych dramatów. Wszystko zaś jest okraszone dowcipem, niezłymi piosenkami w tle, doprawione świątecznym klimatem i szczęśliwym (choć nie dla wszystkich) zakończeniem. Poza tym, prooooooooooszę…! Wydurniający się w domu na Downing Street premier Hugh Grant to już klasyka kina!. Poza tym nie wiem czy wiedzieliście, ale piosenka którą w filmie śpiewa postać grana przez Billa Nighy’ego, zaczęła żyć własnym życiem. Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy ni stąd ni zowąd usłyszałam ją w radiu jakieś dwa lata temu! Dla mnie obowiązkowa świąteczna pozycja, bez której filmowe święta byłyby szczerze mówiąc, trochę dziwne…

 

THE HOLIDAY
Źródło: https://www.movie-list.com/img/posters/big/zoom/holiday.jpg

Tak się złożyło, że ten film także po raz pierwszy oglądałam w czasie hmmm… znów nietypowym dla takich produkcji. Było to w pewien piękny czerwcowy wieczór. Jednak w przeciwności do „Love Actually” potrafię go oglądnąć o każdym czasie. Patrząc na obsadę (znów jestem zachwycona! Kate Winslet, Cameron Diaz, Jude Law, Jack Black) dziwiłam się, że wcześniej go nie widziałam. I to właściwie dzięki niemu przekonałam się nieco do Diaz, której wcześniej nie darzyłam zbytnią sympatią. Film opowiada o losach Iris i Amandy, które na czas świąt zamieniają się domami, chcąc odpocząć od facetów, z którymi maiały do czynienia. W ten sposób mieszkająca w ciepłym Los Angeles Amanda trafia na angielską prowincję, a Brytyjka Iris podróżuje za ocean. Tam obie poznają nowych ludzi, którzy wprowadzają w ich życie nieco zamieszania. Obie znajdują w nowym miejscu rzeczy, których się nie spodziewały i nabierają nieco… perspektywy. Uwielbiam scenę, kiedy dziewczyny poznają się rozmawiając ze sobą na chacie – świetnie pokazuje, jak sami siebie oceniamy. Niezłe są też trailerowe wstawki Amandy, jedna szczególna rozmowa telefoniczna i końcowa scena w taksówce. Zdecydowanie święta nie są tutaj na pierwszym planie, w oczy rzuca się czasami choinka, lub pobrzemiewające w tle świąteczne piosenki, ale to by było na tyle. Film napisała i wyreżyserowała Nancy Meyers i muszę przyznać, że spośród jej filmów które widziałam ten jest zdecydowanie najlepszy, najcieplejszy. Poza tym nasze zmysły estetyczne zostaną mile połechtane. Czy jest ktokolwiek, kto nie oprze się urokowi cudownego domku Rosehill Cottage? Dla nieprzekonanych mam jeszcze jeden argument: muzykę do filmu skomponował Hans Zimmer. Tak, ten od Gladiatora, Batmana, Interstellar i… Króla Lwa (wiedzieliście? ha!). Jest to jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych jakie słuchałam, z przepięknym motywem przewodnim, który nadaje filmowi niesamowity klimat. W moim mniemaniu, jedno z najbardziej udanych dzieci tego kompozytora. Na szczęscie Zimmer też bywa lekki i optymistyczny.

 

Serendipity – Igraszki losu
Źródło: http://movieposters.2038.net/p/Serendipity_1.jpg

To z kolei jest nie aż tak skrajne świąteczny i nie aż tak bardzo popularny film o przeznaczeniu, „przypadkach” i znakach. O znakach, które widzimy i które interpretujemy po swojemu. Ręka w górę ten, kto nigdy tego nie robił! Mistrzynią takich interpretacji jest Sara (Kate Beckinsale), która poznaje Jonathana (John Cusack). On z kolei w takie rzeczy nie wierzy. Spotykają się oni podczas gorączkowych, świątecznych zakupów w dość zabawny sposób i spędzają ze sobą bardzo niezwykły wieczór, który kończy się w jednym z nowojorskich hoteli i to nie w sposób, który Wam właśnie przyszedł do głowy. Na skutek kilku „zbiegów okoliczności” ścieżki naszych bohaterów rozchodzą się. Wierząc w pewne znaki, które wysyła im los starają się oni na wszelkie możliwe sposoby nawzajem się odnaleźć. Po drodze dowiadujemy się na przykład, skąd się biorą pewne nasze nawyki, często niezrozumiałe dla innych oraz jak czasami nasze interpretacje potrafią nas zwieźć na manowce. W tle usłyszymy muzykę Alana Silverstriego oraz m.in. Louisa Armstronga i Annie Lennox. Opowieść jest naprawdę niezwykle ciepła, czasami wręcz magiczna. Pewne ujęcia są wprost przecudne, choćby to w którym papier ozdobny ląduje na ziemi lub płatki śniegu wirują na wietrze. Muszę wspomnieć o świetnej postaci drugoplanowej, Deanie Kanskim, granym przez Jeremy’ego Pivena, specjalistę od ról najlepszych kumpli, który w historię wnosi mnóstwo uroku. To jest taki film-pocieszka, bo każdy z nas ma chwile, kiedy naprawdę potrzebuje jakiegoś od losu i znaku, że wszystko się poukłada. Poza tym, czasami na świecie dzieją się takie rzeczy, kiedy trudno nie wierzyć, że coś zdarzyło się przypadkiem.

 

Family Man
Źródło: http://www.impawards.com/2000/posters/family_man.jpg

Widzieliście plakat do tego filmu? Idę o zakład, że nie widzieliście ani filmu, ani tym bardziej plakatu. Jest na nim Nicholas Cage stojący przed ogromnym zdjęciem wystawowym, z którego spogląda sam na siebie razem z rodziną. Bardzo fajny pomysł… Pomyślicie, że to nic niezwykłego. Być może, gdyby nie fakt, iż nasz bohater Jack nie ma ani dzieci, ani żony, ani domku z ogródkiem, a mieszka w nowojorskim apartamencie, jeździ sportowym Ferrari i pracuje na Wall Street. W wigilijny wieczór niespodziewanie spotyka na swojej drodze Casha (Don Cheadle). To spotkanie kończy się wymianą zdań, podczas którego Jack słyszy jedno, które zmieni jego życie: „sam to na siebie sprowadziłeś”. Jack, nie bardzo wiedząc o co nieznajomemu chodzi, tak jak zwykle kładzie się spać, a nazajutrz budzi się w zupełnie innym miejscu, w dodatku obok kobiety, która kiedyś… była jego dziewczyną. Nie zważając na przerażoną minę naszego bohatera, przekrzykując dziecięce wrzaski błaga o kawę. Z kolejnymi minutami dowiadujemy się coraz to ciekawszych szczegółów dotyczących tego nowego życia… Nie będę nic więcej mówić oprócz tego, ze Ferrari zniknęło, a w roli najlepszego kumpla (ponownie) zobaczymy Jeremy’ego Pivena. Po pierwszym seansie „The Family Man” byłam pod ogromnym wrażeniem. W filmie znajdziecie mnóstwo scen-perełek, o których nie chcę za dużo pisać, żeby nie psuć niespodzianki. To naprawdę ciepła, świąteczna opowieść z być może nieco oczywistym morałem, ale pokazanym w tak bezpretensjonalny sposób, który nie pozostawi widza obojętnym. A ostatnia scena jest jedną z najlepszych filmowych zakończeń, jakie widziałam. Poza tym film jest tak świetnie nakręcony, że w ogóle nie widać po nim upływu czasu.

 

Kevin sam w Nowym Jorku
Źródło: https://images-na.ssl-images-amazon.com/images/I/51Q9Lrt%2BmVL.jpg

Wszystkich tych, którzy liczyli na to, że tego filmu tu nie będzie muszę rozczarować! Jest i zaraz wszystkim malkontentom wyjaśnię dlaczego. Po pierwsze, na ten film trzeba patrzeć przez pryzmat tego, czym jest, a jest przykładem kina familijnego i jako taki jest doskonały. Reżyser Chris Columbus dobrze wie, co robi. Opowieść jest oczywiście mało prawdopodobna, ale za to jak zrobiona! Ileż ile w niej jest humoru! Mamy oczywiście niezłą historię, czarne charaktery i mnóstwo przypadków, które prowadzą do tego, że Kevin zostaje sam na święta. Mimo tego, że wiem jak to wszystko się skończy zawsze mam nadzieję, że jednak coca-cola przy kolacji się nie wyleje i McCallisterowie nie wyrzucą kevinowego biletu do kosza. Albo, że nie będzie awarii prądu. Albo że Kevin pobiegnie za tatą na lotnisku i później wymieni te cholerne baterie! Poza tym proszę, posłuchajcie tylko tej przepięknej muzyki napisanej przez mistrza Johna Williamsa – absolutnie magiczna! Nie wiem jak Wy, ale ja tam się cieszę, że Polsat ma ten film w ramówce. Kojarzy mi się z błogim, świątecznym lenistwem, rodziną, (z braku lepszego słowa) wyżerką i myślę, że to właśnie chodzi o to uczucie, niż o sam film…! Z resztą ponoć najbardziej lubimy to, co już znane. Mało jest takich filmów, które wszyscy domownicy mogą oglądnąć wspólnie. Jeśli ktoś ma ochotę jeszcze popsioczyć, niech w ten jeden wieczór w roku da sobie na wstrzymanie. Albo włączy sobie Szklaną pułapkę. Hmm… Szklana pułapka…!

Wiecie co? Obowiązki wołają, a najchętniej napisałabym coś więcej! Przecież nie ma tutaj jeszcze Bezsenności w Seattle i Masz wiadomość… Cóż, może następnym razem 😉

Serdeczności!

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *