Domowy budżet. Jak okiełznać niekontrolowany wypływ gotówki i zaoszczędzić

Najwięcej miejsca w naszym domowym budżecie zajmują wydatki związane z opłatami stałymi i kredytami oraz z żywnością. Nie trzeba być ani ekonomistą, ani czytelnikiem dziwnej maści poradników o oszczędzaniu, żeby tak ustawić nasz miesięczny budżet, aby kasa nie uciekała w bliżej nieokreślonym kierunku. Wystarczy kilka zasad, dobra organizacja i odrobinę chęci.

Według danych co roku publikowanych przez GUS, statystyczny Polak wyrzuca do kosza rocznie ok. 600 zł. Kwota niebagatelna. W moim przekonaniu dzieje się tak dlatego, że uderzył nam do głowy dobrobyt z jednej strony, z drugiej natomiast wtóruje mu tempo życia i wszechobecny brak czasu.

Starsi czytelnicy (tzn. tacy 30+) pamiętają jeszcze jak stali z rodzicami w kolejkach, w sklepach było niewiele, a Barbie można było dostać tylko w Pewexie za dolary. W tamtym czasie ludzie żyli bardzo oszczędnie, jeśli chodzi o wykorzystywanie żywności, a zasada „nie marnuj i nie wyrzucaj jedzenia” była jednym z najważniejszych przykazań przekazywanych dzieciom od najmłodszych lat, zaraz po „umyj zęby”. Gospodynie domowe miały też sporo patentów na przechowywanie żywności i jej odświeżanie w jadalny i w pełni ekologiczny, domowy sposób. Nikt też nie robił wtedy zakupów na cały tydzień, może dlatego że nie było za bardzo co kupić, ale też z powodu barku takiej palącej potrzeby zawarowywania się pod korek.

Akurat cotygodniowe zakupy w rozmiarze plus size uważam za dobry pomysł i oszczędność czasu, pod warunkiem, że są robione z głową. Ryzyko jest duże, bo obcowanie z supermarketem nie jest przyjazne dla naszego portfela. Sprzedawcy kuszą nas na wszystkie sposoby, abyśmy kupowali więcej i więcej. W tym celu rozpylają specjalne mieszanki zapachowe, puszczają odpowiednią muzykę, atakują kolorami i promocjami. Ale czy ludzki mózg, taki przeciętny – standardowego Kowalskiego – nie jest w stanie sobie z tym poradzić?

Od dawna powszechnie znane są sprawdzone patenty, które mają nam pomoc wydać mniej na niepotrzebne rzeczy. Fakt, że na zakupy nie wolno chodzić głodnym i zawsze, ale to zawsze trzeba mieć ze sobą listę, nie jest dla nikogo tajemnicą. Diabeł jednak jak zawsze tkwi w szczegółach. Ja mam sprawdzonych parę trików, które stosuję od dawna i działają jak żadne inne. Dzięki nim miesięcznie jestem w stanie zaoszczędzić nawet ok. 300 zł. W całej tej zabawie nie ma większego znaczenia czy kupujemy produkty z wyższej pułki, czy te tańsze. To jaki każdy z nas ma budżet w miesiącu na wyżywienie to indywidualna sprawa. Mój sposób pozwala bowiem na zmniejszenie wydatków w relacji do tego co wydawaliśmy wcześniej, a nie względem jakiejś średniej krajowej.

Zakupy to logistyka, nic więcej. Zanim jednak wybierzecie się do sklepu dobra lista to podstawa. Słowem kluczem jest tu jednak nie „lista”, a „dobra”. Jak przygotowujecie swoją? Otwieracie lodówkę i piszecie czego brakuje? To podejście standardowe, które specjalnie przed niczym nas nie uchroni, bo w efekcie i tak w sklepie włożycie do koszyka przynajmniej pięć rzeczy, których nie było na liście, bo akurat Wam się przypomniało, że tego nie ma i nie dopisaliście do listy, albo właśnie była promocja. Potem wrócicie do domu, rozładujecie majdan i zaczniecie się zastanawiać co z tego zrobić. Suma summarum albo ugotujecie za dużo jedzenia i się zmarnuje, lądując w koszu, albo wylądują w nim resztki produktów, które nie zostały wykorzystane w całości, a później jakoś nie było Wam z nimi po drodze. Tak kończy swój żywot nie tylko jedzenie, ale i pieniądze.

Myk polega na tym, że zanim zaczniecie tworzyć listę zakupów, musicie stworzyć jeszcze jedną kluczową listę, na podstawie której na tej zabranej do sklepu znajdą się jedynie takie produkty, które będą Wam potrzebne. Koniecznym jest opracowanie menu na cały tydzień. To naprawdę działa. Zabiera może początkowo ciut więcej czasu, ale w perspektywie pozwala go oszczędzić i na zakupach, i w domu podczas gotowania.

Jadłospis powinien być dość dokładny i ułożony tak, by raz otwarty produkt np. śmietanę wykorzystać w jak najkrótszym czasie do kolejnego dania. Jeśli ujmiecie w nim wszystkie posiłki spożywane przez rodzinę, sukces gwarantowany.

W moim przypadku jadłospis dzieli się na dwie dodatkowe kategorie, gdyż moja najmłodsza pociecha z racji wieku nie zawsze może zjeść to co reszta. Przy wskazanej organizacji nie jest to jednak żaden problem, gdyż ta jedna zasada pozwala na maksymalne wykorzystanie produktów i odpowiednie planowanie nawet wtedy, gdyby każdy miał jeść co innego.

Przykład:

Na śniadanie: jajecznica dla wszystkich (produkty: masło, jajka, pieczywo)

Na wczesny obiad zupa pomidorowa dla wszystkich (włoszczyzna – wykorzystana w całości do zupy, wkład mięsny, pomidory w puszcze, śmietana, makaron)

Na obiad, drugie danie dla wszystkich: kurczak pieczony w ziołach (skrzydełka i szyja wykorzystane pod bazę do zupy), ziemniaki, mizeria (wykorzystana otwarta do zupy śmietana),

Podwieczorek dla wszystkich: racuchy w cieście (mleko, mąka, jaja 2 szt. pozostałe ze śniadania, jabłka)

Kolacja: sałatka jarzynowa (z warzyw z rosołu pod pomidorową, jabłko nie wykorzystane do racuchów, ogórek kiszony, mała puszka groszku, majonez), wędlina, pieczywo: dla malucha twarożek rozrobiony z resztką śmietany.

Planując kolejny dzień wykorzystałabym pozostałe składniki. Pomidorowa spokojnie obleci przez dwa dni, a kolejne drugie danie też można przygotować na zaś.

Forma graficzna menu zależy od Was. Ja lubię tabelki i w jednaj kolumnie mam menu, w drogiej produkty, lista zabierana do sklepu przygotowywana jest osobno, a po zrobieniu zakupów jest kasowana z telefonu. O pomocnych apkach pisała już Wam Dagmara tutaj: http://www.zperspektywy.com/2017/11/17/miare-spokojnie-przezyc-czas-swiat-dac-sie-zwariowac/ Taki rozkład posiłków wieszam na lodówce i gotowe!

Jak zauważyliście w moim wykonaniu obiad rozdzielony jest na dwa posiłki. Wynika to z tego, że 5 lat temu postanowiliśmy z mężem ogarnąć się mocniej i zacząć regularnie jeść. Pod opieką dietetyka ustaliliśmy co i jak. Efekt był zaskakujący. Nie dość, że straciliśmy po parę kilo, zostaliśmy zmuszeni do planowania posiłków, to jeszcze zaprocentowało to koniecznością lepszej organizacji zakupowej i w konsekwencji pozwoliło wypracować system, który umożliwił nam obniżenie wydatków na jedzenie, bez pogorszenia jakości posiłków. Efektem ubocznym było też to, że nie chodziliśmy głodni i nasz organizm nie potrzebował już fury jedzenia na jeden raz. Obiad dwudaniowy jest dla nas ciężki do zjedzenia i tak naprawdę ma miejsce jedynie na imprezach typu wesela itp. Wtedy chodzimy zatankowani pod korek i ciężko nam z tym bardzo.

Zasadę zatem już znacie, teraz finezja. Układając listę zakupów na podstawie przygotowanego wg. wskazanej zasady jadłospisu sortujcie tematycznie. Razem nabiał, produkty suche typu makarony, kasze, osobno warzywa i owoce. Zaoszczędzicie w ten sposób sporo czasu na bieganie miedzy półkami tam i z powrotem. Jeśli macie tak jak ja ulubione sklepy, gdzie robicie zakupy, ustawcie listę w takiej kolejności w jakiej ustawione są produkty w sklepie. Jeśli np. po wejściu do supermarketu wiecie, że napotkacie na półki z pieczywem oraz kawą i herbatą, takie produkty umieśćcie na liście jako pierwsze. Zobaczycie, że po miesiącu wejdzie Wam to tak w krew, że będziecie się zastanawiać jak w ogóle udało się Wam funkcjonować do tej pory, a czas poświęcony na przygotowanie list też znacznie się skróci. Praktyka czyni mistrza!

Co najważniejsze, otrzymamy także nagrodę w postaci zaoszczędzonych pieniędzy, ale to nie koniec niespodzianek. Jeśli zdecydujecie się na program master i popracujecie trochę nad swoją silna wolą, kasy może Wam zostać trochę więcej. Ja ograniczyłam kupowanie słodyczy do minimum i jak policzyłam ile się tego przejadało w miesiącu, to… Niestety była to głowie moja sprawka, gdyż młodszej latorośli jeszcze z nami nie było, a starsza ma to dobro mocno reglamentowane. Ponieważ nie jestem w stanie żyć bez słodyczy, ale na moje szczęście nie lubię batonów, cukierków itp. sprawa była łatwiejsza. Jestem fanem ciast wszelakich i czekolady. Te dwa dobra obecnie luksusowe postanowiłam ucywilizować. Słodycze jemy tylko w weekend w postaci czekolady (jeden pasek) do kawy (syn tak po prostu dla przyjemności) i ciasta, koniecznie domowej roboty. Dlaczego koniecznie musi być to mój wypiek? Bo jak mi się nie chce piec, to słodkiego nie ma, co jest dobre i dla portfela i dla mojej talii.

Uważam, że proste metody są najlepsze, a te brane na logikę, a nie filozofie naprawdę działają. Kocham planować, a jak tego nie robię czuję się niepewnie. Taka przypadłość pozwala mi być bardziej efektywną na wielu polach, także w domu. Zaoszczędzony czas mogę potem poświecić dla rodziny i na przyjemności, a pieniądze… Te polecam zainwestować, ale o tym już innym razem!

Agnieszka

A jak się dobrze zorganizujecie, to zostanie trochę czasu na przyjemności 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *