Co jogurt ma wspólnego ze smartfonem?

W pierwszej chwili pomyślicie, że nic. Ale zastanówmy się chwilę dłużej… Jedno zjemy lub wypijemy, drugie nie. Bez jednego możemy się obejść, bez drugiego jesteśmy jak bez ręki. Jedno możemy wziąć na raty, a drugie hmm… Obie rzeczy dostaniemy w pierwszej lepszej galerii handlowej? Owszem, ale akurat nie o tym myślałam.

Obie te rzeczy mają datę ważności. W tej kwestii jogurt ma nad smartfonem przewagę, bo na jego opakowaniu ona jest napisana, a na smartfonie nie. Producent jogurtu ma dla nas jasny przekaz: „Słuchajże, nie jedz tego po DD/MM/RRRR, bo dostaniesz sraczki”. Zaś producenci smartfonów nie mają tego problemu. Oni z kolei dają nam na nowy sprzęt gwarancję – „Stary, poużywaj sobie go przez dwa lata, co będzie trzeba to Ci wtedy (może) wymienimy, ale później to już rób co chcesz.” Po czym mijają rzeczone dwa lata i telefon zaczyna się zacinać. Początkowo nie zwracamy na to uwagi, ale później zaczyna być coraz gorzej. Używanie aplikacji Google Maps, kiedy próbujesz gdzieś dojść mija się z celem, bo zanim się włączy, docierasz na miejsce. Nie zrobiłeś zdjęcia Lewandowskiemu, który właśnie mija Cię na ulicy, bo aparat nie zdążył się włączyć. Chcąc zaplanować sobie podróż komunikacją miejską szybciej ogarniesz połączenia z tablicy odjazdów, niż załaduje Ci się Jak Dojadę. Żeby było jasne, apki są w porządku i nie ma co zwalać na nie winy. To nie one są do chrzanu, tylko Twój telefon.

Niestety problem nie dotyczy tylko smartfonów, ale wszelakiej maści sprzętów AGD i elektroniki: od wag kuchennych i łazienkowych, przez elektryczne szczoteczki, golarki, tablety, komputery, telewizory, po pralki i lodówki. Mam ochotę powiedzieć jak sześćdziesięcioletnia dwudziestokilkulatka: kiedyś to było inaczej! Wtedy sprzęty kupowało się na dziesięć albo i na dwadzieścia lat! Teraz czasami dziwnym trafem zdarzają się wadliwe egzemplarze, które nawet po wychodzonym i ubłaganym serwisowaniu gwarancyjnym za nic nie będą normalnie działać.

Inna sprawa, że sprzęty są teraz tak produkowane, żeby były jednorazowe. Średnio po dwóch latach muszą się zepsuć. Dziwnym sposobem nie idzie się do nich dostać, bo są tak zrobione, że nie ma możliwości wymienienia w nich niczego! Jeśli jednak macie model, który można rozkręcić to och, co za pech! Okazuje się, że nie ma już do nich części…! Bo producent np. stwierdził, że wycofuje ten jeden model i nie produkuje już części zamiennych. Ile razy zdarzało się Wam też usłyszeć, że czegoś nie opłaca się naprawiać, bo naprawa będzie kosztowała tyle, co nowy zakup? Krew mnie zalewa jak to słyszę.

Sami jesteśmy sobie temu winni. Konsumpcjonizm połknął nas w całości na śniadanie. Gonimy za nowymi modelami i nowinkami bez opamiętania, bo chcemy mieć i posiadać. Bo to jest coś nowego, bo nowe trendy, bo ten model jest już niemodny, bo po prostu mogę go sobie wymienić. A potem dziwić się, że takie samo podejście mamy do związków i znajomości – dwa lata i sorry, ale gwarancja się skończyła! Do widzenia! Producenci też nas dobrze wyczuli. Dzięki temu oni oszczędzają na materiałach i używają do produkcji byle czego, bo i tak przecież za chwilę kupimy nowe. Co prawda UE coś przebąkuje o regulacjach, o tym że chcą wprowadzić „datę ważności” czy tam „żywotności” sprzętu na pudełkach, ale to nie jest rozwiązanie problemu. Problemem jesteśmy my sami i pogoń koncernów za maksymalizacją zysku kosztem wszystkiego – naszych nerwów i naszego środowiska, bo przecież ten sprzęt trzeba wyrzucić. Ciągle mam wrażenie, że ktoś tu gra nieczysto i chce tylko na mnie zarobić.

Jest jednak światełko w tunelu. Coraz więcej osób, z którymi rozmawiam nie kieruje się przy swoich wyborach trendami, ale niezawodnością i to jest teraz ta najbardziej poszukiwana przez nas wartość. Są jeszcze marki, które się bronią i warto ich szukać. Szkoda tylko, że jest ich tak mało. Moim marzeniem jest jeszcze to, aby drugim kryterium wyboru było, aby proces produkcji nie odbywał się ze szkodą dla środowiska, a ludzie którzy uczestniczyli w jego powstaniu byli godziwie za swoją pracę wynagradzani. Jeśli szukacie jakichś sprzętów najpierw popytajcie wśród znajomych kto może Wam co polecić. Marketing szeptany robi swoje!

Jeśli jednak to my, konsumenci swoimi decyzjami tak napędziliśmy rynek, to też tymi decyzjami możemy wywierać nacisk, aby to zmienić. Pokazywać, że wiemy o co chodzi w tej grze i że wcale się nam to nie podoba, że marketingowymi sztuczkami już nas nikt nie kupi, że o jakości i poziomie firmy nie świadczy ilość produktów wypuszczonych na rynek w ciągu roku, ale to, że produkt nam długo posłuży. Minął już ten czas, kiedy dawaliśmy się nabierać na tanie marketingowe zabiegi. To właśnie w ten sposób – okazując swojemu klientowi szacunek – przywiąże się go do marki. Jeśli zmywarka mi dobrze posłuży i jest ekstra, to jeśli przyjdzie czas na lodówkę, ta marka będzie pierwszą, o której pomyślę. I to ją polecę moim znajomym.

Zmiana takiego podejścia samych konsumentów to żmudny i czasochłonny proces. Jeszcze dłużej może trwać zmiana podejścia firm do klienta, ale… Kto nam tego zabroni?

Serdeczności,

D.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *