Nadmiar zajęć dodatkowych? Co Wy na to?

A jesienią i wraz z wrześniem, trzeba iść do szkoły… No i zacznie się polka. Zajęcia dodatkowe ruszą pełną parą. Plan tygodnia pękać będzie w szwach, portfele rodziców świecić pustakami, a dzieci…? A dzieci po miesiącu będą miały dość.

Ci którzy do szkoły już nie chodzą i nie posiadają latorośli wdrażających się z ogromnym entuzjazmem do zajęć szkolnych, pewnie mniej odczują koniec wakacji. Rodzice staną jednak przed ogromnym wyzwaniem, jak ułożyć grafik wszystkich domowników, aby pomieścić w nim wszystkie aktywności członków rodziny. Właśnie o to chciałam Was dzisiaj zapytać. Co sądzicie o wypełnianiu po brzegi kalendarza dzieciaków zajęciami dodatkowymi? Ja mam mieszane uczucia.

Racjonalny ze mnie człowiek i myślę sobie tak: kształcić i rozwijać dziecko trzeba, bez dwóch zdań. Skoro jednak ktoś mądry wymyślił, że pracownik po ośmiu godzinach pracy mam prawo do jedenastu godzin nieprzerwanego odpoczynku, to chyba nie bez powodu. Dorośli pracują w różnych systemach czasu pracy, ale bez względu na to w jakim, zawsze mają przewidziany jakiś czas odpoczynku. A dzieci? A dzieci mają przechlapane. Nie dość, że są w szkole po dziesięć godzin wliczając świetlicę i/lub zajęcia dodatkowe realizowane w szkole, to jeszcze potem często mają kolejne zajęcia. Przychodzą do domu, muszą odrobić lekcje i nauczyć się na kolejny dzień, potem spać i do piątku ta sama orka. A w weekend? W weekend muszą nadrobić to czego nie zdążyły w tygodniu.

Słabo! Strasznie słabo! Kiedy te dzieciaki mają odpoczywać? Kiedy się bawić z rówieśnikami? Kiedy po prostu pobyć z rodzicami? No powiedzcie mi kiedy!

Większość ludzi pracując na pełen etat, zawozi rano dzieci do szkoły, a odbiera po pracy. Co za tym idzie większą część dnia, ich pociechy spędzają poza domem. Jeżeli w tym czasie uda się im zorganizować zajęcia dodatkowe, a często jest to możliwe, super! Pozostaje pytanie co z resztą dnia. Trzeba przecież coś zjeść, wyspać się i odrobić zadania. A tu po drodze jeszcze balet, lekcje dykcji, aktorstwa, emisji głosu, karate, basen itp. Czy to potrzebne? Oczywistym jest, że organizujemy to wszystko z miłości do dzieci, bo o nie dbamy i chcemy dla nich jak najlepiej. Czy jednak aby troszkę nie przesadzamy? Nie jestem ekspertem, ale z mojego doświadczenia wynika, że jeśli czasem dzieci się nudzą, to wzrasta ich kreatywność, bo zmuszone są same wymyślić sobie zajęcie. Uczy ich to organizacji czasu i samodzielności. Zabawa z rówieśnikami, to też bardzo ważny aspekt. To na przysłowiowym podwórku dzieci uczą się funkcjonowania w grupie, rozwiązywania konfliktów i „walki” o swoją pozycję wśród rówieśników. Tam związują się pierwsze przyjaźnie, które często trwają całe życie. Szkoła tez temu sprzyja, ale to nie to samo. Najbardziej ubolewam jednak nad czasem spędzanym z rodzicami. To tak ważne, aby wykorzystać moment kiedy dzieci są małe i w wieku wczesnoszkolnym. To wtedy budują się relacje, które pozwolą na przetrwanie okresu buntu i naporu bez dramatów i sensacji.

Każdy z nas zna swoje dzieci najlepiej na świecie. Znamy ich pasje, charaktery, możliwości. Może zatem warto przeanalizować sprawę i skupić się na tym co ważne. Jeśli podarujemy sobie kolejne zajęcia sportowe i pozwolimy pobiegać dziecku po podwórku, też wyjdzie mu to na zdrowie.

Ja przyjęłam taką zasadę: języki to to, co młody umysł chłonie jak gąbka. Dzieci uczą się ich błyskawicznie. Sport też jest bardzo istotny. Pozostaje temat pasji i rzeczy, które mogą się przydać. Teraz kwestie organizacyjne. Sama po długim wysiłku intelektualnym i siedzeniu w jednym miejscu mam ochotę się poruszać. Wy nie? Zaraz po lekcjach, staram się zorganizować zatem zajęcia sportowe, co drugi dzień. Dwa szkolne popołudnia pozostają na kontakt z rówieśnikami i zabawę, zwłaszcza że dni są coraz krótsze i na zabawę na podwórku przed zmrokiem nie ma czasu w tygodniu. Dwa popołudnia w tygodniu poświęcam na lekcje języków. Po godzinie każdego na razie w zupełności wystarczy. Prawda jest taka, że język trzeba ćwiczyć cały czas, więc jeśli efekt ma być widoczny i tak musimy posiedzieć z dzieckiem w domu. W dni kiedy jest czas na niezorganizowaną zabawę po lekcjach, popołudniu można wcisnąć zajęcia dodatkowe rozwijające inne pasje.

Uważam, że hitem i tajną bronią rodzica, jest coś, co wymyślił mój brat, nomen omen nieposiadający dzieci. Myślałam że nigdy tego nie powiem o moim młodszym braciszku, ale zaskoczył mnie bardzo. Sama bym na to nie wpadła. Zamiast kupować swojemu chrześniakowi bzdurne prezenty urodzinowe, świąteczne itp. Postanowił wykupić mi kursy programowania online. Syn codziennie lub co drugi dzień (w zależności od obciążenia nauką) przerabia sobie lekcję z harmonogramu, potem wykonuje ćwiczenia, a po określonej partii materiału zdaje egzamin. Obecnie bawi się w programowanie w systemie Android. Można? Można! Oczywiście na początku nie spotkało się to z jego entuzjazmem. Klocki lego byłyby lepszym prezentem, albo jakaś gierka na kompa. Po pierwszym kursie okazało się, że złapał bakcyla i bardzo się mu to podoba. Uczy się czegoś bardzo pożytecznego, czegoś, co może pomóc mu w znalezieniu dobrej pracy w przyszłości, siedzi przy komputerze (czyli super mimo, że to nie gra), może pochwalić się kolegom, że umie zrobić prostą animację itp. Genialne! Brawo wujciu! Jesteś Chrzestnym roku, ba dekady! Aż wstyd, że sama na to nie wpadłam. Oczywiście patent należy dopasować do zainteresowań dziecka, ale w Internecie można znaleźć mnóstwo fajnych i rozwojowych kursów. Serdecznie Wam to polecam.

Suma summarum, takie zorganizowanie tygodnia pozwala na luksus wolnych weekendów i robienie nic, oczywiście pod warunkiem, że to nic będzie kreatywnie rozwijało dziecko. Fajna książka czytana wspólnie z rodzicami, gra w planszówki (jest teraz mnóstwo bardzo wartościowych gier) pomogą dziecku naładować baterie na cały kolejny tydzień, a i dla nas będą chwila cudownego relaksu.

Szybko okaże się wtedy, że nasze dziecko jest już dla nas partnerem w wielu kwestiach.

Agnieszka.

2 Comments

  1. Nie do końca zgadzam się z autorką wpisu. Nie każdego rodzica czy krewnego stać na „kursy internetowe” które wiadomo tanie nie są. Druga kwestia nie lepiej porozmawiać ze swoją pociechą jakim kursem ewentualnie byłby zainteresowany? Dajmy przykład autorki wpisu kurs programowania. Co byś zrobiła gdyby Twój syn nie połknął tego bakcyla? Pozdrawiam

    1. Marku, gdyby mój syn nie połknął bakcyla, to pewnie zaproponowałabym mu coś innego, coś co by mu się spodobało. A kursy internetowe, chociaż może się tak wydawać, nie są drogie. Wystarczy tylko dobrze poszukać 🙂 Również pozdrawiam, Agnieszka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *